Sezon rowerowy nie istnieje

 

Rower jesień

 

Już wiele razy pisaliśmy o kulturze rowerowej, czy raczej jej braku w powszechnej świadomości polskiej, naszej. O tym, że złości to, że rower jest weekendowym środkiem rekreacji, a ciągle jeszcze nie doczekał się nobilitacji na codzienny środek transportu, dowożący dorosłych do pracy, dzieci do szkoły, a pralki ze sklepów do mieszkań. I pewnie długo jeszcze będziemy czekać, zważywszy chociażby na to, że – tu wyglądam za okno – wiele osób uznało dzisiaj prawdopodobnie, że to już KONIEC SEZONU ROWEROWEGO. Tak jakby coś takiego w ogóle istniało.

 

A teraz TA-DAM – Amsterdam. I proszę bardzo – niesamowita metamorfoza. Kilka dekad temu zatkane samochodami, a teraz uważane za jedno z najbardziej przyjaznych rowerzystom miasto na świecie. I chyba nie mają SEZONU rowerowego, czy też raczej – nie mają sezonu bez roweru. Ja wiem, inny, łagodniejszy klimat, więcej ścieżek, pasów, parkingów itd. No a przede wszystkim to więcej roweru – w głowie. Obejrzyjcie ten filmik.

 

 

Widać wyraźnie, że jeśli w Amsterdamie kwitnie kulturowa i mentalna różnorodność, to jest coś, co wszystkich łączy – rowery właśnie. Bo jeżdżą wszyscy. Panowie w garniturach i kilkulatki po ulicy, dorośli na bagażnikach i dzieci w skrzyniach towarowych. Holendrzy odbywają 14 milionów podróży rowerem dziennie, przy zaledwie 16 milionach mieszkańców. W okresie szczytu na ulicach miast jest więcej rowerów niż samochodów, a statystyki pokazują, że rowerzyści dojeżdżają do celu nieco szybciej, niż zmotoryzowani. Normalnie poubierani – bez kasków, bez lycry, rękawiczek i żelowych wkładek w spodniach. A niektórzy nawet z dopuszczalną tam zawartością alkoholu we krwi (0,5 promila).

Irracjonalna kultura strachu przed aktywnością fizyczną bez szeregu zabezpieczeń i spełnienia różnych uwarunkowań, owocuje tym, że z niej rezygnujemy. Ileż razy byłam świadkiem stwierdzenia, że dziecko rozchorowało się przez: bieganie, spocenie, zajęcia sportowe, zabawę na placu zabaw – lista jest absurdalna i długa. W Stanach Zjednoczonych wycofano serię znaczków pocztowych, mających propagować ruch wśród dzieci, ponieważ znaleźli się tacy, którzy uznali, że popularyzują one działania niebezpieczne – jeżdżenie na deskorolce bez nakolanników, skakanie do wody „na bombę” itp.

W Kanadzie opublikowano listę zaleceń, dotyczących bezpiecznej jazdy rowerowej dzieci. W tym wiele dotyczyło samej odzieży ochronnej, a ponadto rady w stylu „dziecko do lat 10 nie powinno jeździć ulicą, ze względu na brak umiejętności dobrej koordynacji ruchów”. Idąc tym tropem, możemy dojść do wniosku bliskiego „nie biegaj, bo się spocisz”. Aktywność, niekoniecznie fizyczna, zawsze obarczona jest pewnym ryzykiem, ale jej brak jest pewną i totalną klapą.

 

Rowerzysta w ochraniaczach

 

Na koniec wspomnę jeszcze o tym, że dzieci (dorośli również) opancerzone jak pracownicy budowlani, mogą czuć się pozornie bezkarnie i podejmować zachowania dużo bardziej ryzykowne i lekkomyślne mając zniwelowaną naturalną ostrożność przez urazem. Badania dowodzą też, że  kierowcy podświadomie przejeżdżają bliżej i z większą prędkością obok rowerzystów w pełnym rynsztunku.

Ja nie wiem do końca jak to jest u nas z tą infrastrukturą – czy najpierw powinna pojawić się ona, czy może najpierw powinni pojawić się rowerzyści.

 

 

Zdjęcia: Chris Bruntlett, Duncan.Co

Zobacz również:

-->