Żywa lekcja przyrody…?

patyczak

 

Córka wróciła niedawno ze szkoły wysoce podekscytowana faktem przeprowadzenia w ich szkole tzw „Żywej lekcji przyrody”. Dowodem na fakt jej istnienia była nie tylko prawdomówność Łucji, ale i zwierzę zamknięte w plastikowym pudełeczku w jej ręku. Cóż było robić … nasz nowy domownik to straszyk – patyczak. Dokładniej nic nie wiadomo. Próbowaliśmy dowiedzieć się czegoś na własną rękę, jednak w przypadku tak subtelnego w budowie zwierzęcia nie jest to proste.

Zastanawiam się jaki rodzaj wiedzy jest przekazywany na takich lekcjach. Nie chcę się odnosić do nich krytycznie, bo uważam, że są potrzebne. Odczarowują nieco szkolną drętwotę, ekscytują i wzbudzają zainteresowanie – są to rzeczy niezmiernie pozytywne i rzadkie w szkolnej rzeczywistości. Ale oprócz wiedzy  i zainteresowania dobrze by było, żeby takie lekcje uczyły jeszcze szacunku. Do zwierząt, do przyrody – do życia. Taki szacunek będzie określał zresztą całokształt stosunku człowieka do świata. Czy sprzedawanie bądź co bądź żywych zwierząt, w pudełeczkach po parę złotych 7-latkom, którzy sami nie są dostatecznie odpowiedzialni, żeby decydować o podjęciu wysiłku nawet prymitywnej hodowli, jest czymś więcej niż tylko formą zabawy?

Nasz straszyk nieustalonego gatunku może nie ma najgorzej – wilgotny obszerny słój, zamrożony zapas ulubionych liści na zimę, niemniej jednak pojawił się w naszym domu nieco nas zaskakując i wymuszając pewne okoliczności, które u nas akurat podjęte zostały z zapałem, ale nie w każdym domu musiało to wyglądać podobnie. Obawiam się, że kwestia „weź idź to wyrzuć na dworze” pojawiła się w niejednej rodzinie tego dnia, stawiając dziecko w sytuacji dość trudnej, zmuszającej do stępienia swojej wrażliwości i empatii.

Czy robię z igły widły – trudno będzie udowodnić, bo nieprzewidywalne są skutki emocjonalne, drobnych według jednych, a doniosłych według innych, wydarzeń. Często pamiętamy pewne sytuacje z dzieciństwa – nieistotne z punktu widzenia „dorosłych” kryteriów, które jednak w jakiś sposób nas ukształtowały. Dlatego tak dla pewności wolałabym chyba zamiast „Żywej lekcji przyrody”  „Lekcję żywej przyrody” – najlepiej w terenie. Po której dzieci nie będą myliły kosa ze szpakiem, a lipy z brzozą. Łatwiej  przełknąć nieznajomość biologii egzotycznych patyczaków. A już przynajmniej – bez handlu żywym towarem.

Zobacz również:

  • Brak powiązanych tematów
-->